Biel nocy (tom 2 serii szetlandzkiej)

Ann Cleeves
Tłumaczenie: Sławomir Kędzierski
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Poleca: Kasia Sosnowicz

Wiecie, co najbardziej lubię w literaturze? To, że w ciągu kilku minut przenosi mnie do zupełnie innej rzeczywistości, w miejsca, których być może nigdy bym nie poznała. Właśnie wróciłam z urzekających, choć jednocześnie przeszywających surowością Szetlandów. Zabrała mnie tam autorka klimatycznej, trzymającej w napięciu sagi kryminalnej. Jej drugi tom kilka dni temu wskoczył na półki księgarskie. Cóż to była za przygoda!

Po mroźnej i mrocznej zimie na Szetlandy zawitało lato, a wraz z nim białe noce. To czas, kiedy słońce nigdy nie zachodzi, co niestety w końcu daje się we znaki wszystkim mieszkańcom wysp. Sytuacji nie ułatwiają turyści zjeżdżający się do tej pełnej tajemnic krainy. A zwłaszcza jeden z nich… Nikomu nieznany Anglik podczas wernisażu miejscowych artystek – Belli Sinclair i Fran Hunter – najpierw dostaje ataku histerii, twierdząc, że nie wie, kim jest, a potem pospiesznie opuszcza imprezę. Niebawem jego zwłoki powieszone na krokwi w hangarze na łodzie znajduje jeden z Szetlandczyków. Znalezisko jest dosyć upiorne, ponieważ na twarz nieboszczykowi ktoś założył maskę klauna. Sprawę przejmują miejscowi policjanci z detektywem Perezem na czele, który ani przez chwilę nie wierzy w samobójstwo mężczyzny. Dokąd zaprowadzi ich śledztwo? Jakie tajemnice odkryją po drodze? Tymczasem na Szetlandach ginie kolejna osoba. I wszystko wskazuje na to, że i tym razem ktoś jej w tym pomógł.

Niecałe trzy miesiące temu zachwycałam się „Czernią kruka” (tu), która z przytupem otworzyła świetnie zapowiadającą się serię szetlandzką spod pióra brytyjskiej pisarki Ann Cleeves. Między mną a autorką prawdziwie wtedy zaiskrzyło, dlatego z ogromną przyjemnością zasiadłam do tomu drugiego, czyli „Bieli nocy”. Tak jak w przypadku pierwszej części, „Biel” także pojawia się w Polsce już po raz drugi – poprzednie wydanie ukazało się w 2010 roku pod szyldem wydawnictwa Amber. W sumie to cieszę się, że wtedy obie powieści umknęły mojej uwadze – gdybym wcześniej na nie trafiła, pewnie teraz nie miałabym frajdy z lektury. Bo że frajdę miałam ogromną, nie ulega wątpliwości!

To, co po raz kolejny totalnie mnie zauroczyło, to świetnie rozwinięty wątek społeczno-obyczajowy oraz wspaniale oddany przez Cleeves klimat Szetlandów, które z jednej strony przyciągają jak magnes urokliwymi, choć surowymi północnymi krajobrazami, z drugiej zaś wzbudzają strach i respekt, wywołując ciarki na plecach. Życie niby toczy się tu spokojnie, w pełnej harmonii z naturą. Wszyscy wszystkich znają, wszystko o sobie wiedzą, są gościnni i życzliwi. Tak naprawdę jednak szetlandzka społeczność jest bardzo hermetyczna, podejrzliwa wobec obcych (pewnie i słusznie!), a przede wszystkim pełna tajemnic, które Cleeves sukcesywnie przed nami odkrywa. Zdecydowanie mniej jest tu wyczuwalny mocno obecny w „Czerni kruka” mroczny, wręcz posępny nastrój, ale i pogoda w części drugiej jest zupełnie inna. Ziejące chłodem zimowe dni Cleeves zamieniła na białe noce. Jak się okazuje, to interesujące zjawisko na dłuższą metę także jest bardzo uciążliwe dla mieszkańców wysp, którzy są permanentnie niewyspani i rozdrażnieni. I tak mrok, którego latem szetlandzka przyroda jest pozbawiona, zakrada się tym razem do serc Szetlandczyków, podsuwając im upiorne pomysły. Czy faktycznie ktoś z lokalnej społeczności zamordował angielskiego turystę? A jeśli tak, to jaki miał motyw?

Śledztwo, które prowadzi detektyw Jimmy Perez wraz ze ściągniętymi do pomocy policjantami, i tym razem toczy się niespiesznie i właściwie bez większych fajerwerków, ale w na tyle interesujący i rzetelny sposób, że od powieści trudno się oderwać. Przyznam szczerze, że mocno mnie zdziwiły te komentarze po „Czerni kruka”, w których zarzucano autorce dłużyzny i bezbarwne policyjne dochodzenie. Faktem jest, że u Cleeves kryminalna zagadka nie leci na łeb, na szyję, a mordercę uważne oko i ucho ma szansę wytypować (choć wcale tak łatwo nie jest!). Moim zdaniem jednak to absolutnie nie są wady powieści – no chyba że ktoś w kryminale szuka wyłącznie ekstremalnych wrażeń i efektu wow. Tu oprócz samej intrygi, która jest ciekawa i logiczna, ważny jest nastrój, który Cleeves buduje w iście mistrzowskim stylu.

Ci, którzy po „Czerni kruka” kibicowali Perezowi w jego prywatnych potyczkach, będą mile zaskoczeni. Wszystko wskazuje na to, że detektyw wreszcie znalazł spokojną przystań i ma szansę na to, o czym tak bardzo marzył. Oczywiście – jak to u Cleeves bywa – jeszcze wszystko może się zdarzyć, fajnie jednak, że i do Pereza w końcu uśmiechnęło się szczęście.

„Biel nocy” to rasowy kryminał z doskonale poprowadzonym wątkiem obyczajowym, zaskakującą intrygą i klimatem, za sprawą którego z powieścią ciężko się rozstać. Niezmiennie pozostaję w zachwycie i z utęsknieniem czekam na kolejną część.

Ocena: 10/10

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu Czwarta Strona.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *