Miasteczko Nonstead

Marcin Mortka
Wydawnictwo: Videograf
Poleca Kasia Sosnowicz

Zdarzyło Wam się zakochać w książce od pierwszego wejrzenia? Jeszcze zanim na dobre poznaliście jej treść i mimo że na pierwszy rzut oka wcale do Was nie pasowała? Mnie się to właśnie przytrafiło.

Po wydaniu kontrowersyjnej powieści pisarz Nathaniel McCarnish zaszywa się w amerykańskim miasteczku, w którym spędził kiedyś upojne chwile z miłością swojego życia. Niestety, Nonstead nie daje mu upragnionego spokoju – dostarcza za to mrożących krew w żyłach emocji i rzuca w wir zdarzeń, których nie można wytłumaczyć rozumem. Pojawiający się znienacka złowieszczy czarny pies, przerażająca leśna chata, której nie jest w stanie zniszczyć nawet ogień, mała dziewczynka, która rozmawia przez sen z tajemniczym głosem… Czy w Nonstead faktycznie zamieszkało zło?

Lubię czasami porządnie się wystraszyć (któż nie lubi?!). Z wiekiem jednak coraz bardziej obrzydzają mnie opisy wypływających z głębin człowieka flaków i opowiadane ze szczegółami wyszukane modus operandi szalonych morderców. Znacznie bardziej cenię nieoczywisty, ukryty w drobiazgach literackiej scenografii klimat, który narasta stopniowo, bez fajerwerków, a i tak wywołuje ciarki na plecach.

„Miasteczko Nonstead” Marcina Mortki to nastrojowa, choć momentami niemalże psychodeliczna opowieść. Niby za wiele się tu nie dzieje, a jednak atmosfera jest gęsta, mocno niepokojąca i na tyle wciągająca, że kolejne strony umykają przed oczami nie wiadomo kiedy. To taki typ powieści, który czuje się każdym nerwem i przy którym automatycznie wyłącza się racjonalne myślenie. Niby wiesz, że to wszystko wydarzyło się tylko w wyobraźni autora, a mimo tego z przerażeniem, ale też zaciekawieniem, zaczynasz szukać analogii w swoim otoczeniu. Bo przecież zło towarzyszy ludzkości od początku – pod różnymi postaciami, z rozmaitymi maskami na twarzy.

Nonstead to miasteczko sparaliżowane strachem, choć nikt głośno się do tego nie przyznaje. Trochę tu Twin Peaks, trochę kingowskiego Salem, trochę każdej mieściny na mapie świata. Jego mieszkańcy starają się zachować pozory – i czasem nawet udaje im się to wyśmienicie. Jednak tajemnica, która trawi ich od środka, chce się wydostać każdym porem skóry, by swymi mackami objąć także tych, którzy zajrzeli tu tylko na chwilę.

Główny bohater opowieści Mortki, pisarz Nathaniel McCarnish, przybywa do Nonstead, by złapać dystans i zapomnieć o przykrych wydarzeniach związanych z kobietą jego życia, a także świeżo wydaną powieścią „Szepty”. Choć próbuje racjonalizować rzeczywistość, energia ukryta pod skórą miasteczka szybko mu się udziela i pcha w objęcia zdarzeń, których i on nie potrafi logicznie wytłumaczyć. McCarnish tego nie wie, ale czytelnik owszem (i to od początkowych stron), że jest coś (a może nawet ktoś?), co z wyjątkową satysfakcją obserwuje to, co się dzieje w Nonstead. Zakończenie daje nadzieję na równie interesujący ciąg dalszy, którego posmakować będziemy mogli już za chwilę (premiera części drugiej o tytule „Hellware” pod koniec września).

Mocną stroną powieści Mortki jest zwarty, rytmiczny język pełen celnych sformułowań (choć za ciągłe powtarzanie: „zmełł przekleństwo” miałam ochotę udusić autora gołymi rękami – niechby ten Nathan w końcu porządnie zaklął!) oraz prawdziwie amerykański klimat. Gdybym nie wiedziała, że „Miasteczko…” napisał Polak, z pewnością przypisałabym je któremuś pisarzowi zza oceanu. I choć to powieść, która z dużym prawdopodobieństwem nie zachwyci każdego, myślę, że wielbiciele grozy ją docenią.

Z przyjemnością sięgnę po kolejną część.

Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu Videograf, a za zarażenie „Miasteczkiem…” – Kasi z Bloga pod Małym Aniołem.

2 thoughts on “Miasteczko Nonstead”

  1. W drugiej części będą przekleństwa, doczekasz się! A tak całkiem serio, faktycznie ta seria napisana została w iście amerykańskim stylu. Dziękuję za recenzję
    Patronka Katarzyna

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *