Na plaży Chesil

Ian McEwan
Tłumaczenie: Andrzej Szulc
Wydawnictwo: Albatros
Poleca: Kasia Sosnowicz

Dzisiaj, drogi Czytelniku, chcę Cię prosić o jedną rzecz: zatrzymaj się na chwilę w tym szalonym pędzie i spójrz na osobę, którą kochasz. Czy na pewno wiesz o niej wszystko? Czy znasz jej pragnienia? Czy faktycznie patrzycie w tym samym kierunku, czy tak się Wam tylko wydaje?

Przed parą nowożeńców – Edwardem i Florence – najważniejsza noc w życiu. To właśnie w hotelu niedaleko plaży Chesil ich miłość ma zostać przypieczętowana cielesnym spełnieniem. Już wkrótce oboje przekonają się, jak wielką moc mają gesty i słowa – także te niewypowiedziane. Czy łączące ich uczucie przetrwa próbę, przed którą postawił ich los?

„Na plaży Chesil” to kameralna, napisana niezwykle plastycznym, ale i dosadnym językiem, pełna mądrych spostrzeżeń opowieść, która ma już swoje lata. Sięgnęłam po nią ze względu na sentyment do „Pokuty” tegoż autora (rewelacyjna powieść i jeszcze lepsza ekranizacja!), a także zachęcona świetną recenzją Ani Sukiennik z Tylko skończę rozdział (polecam Wam tego bloga!). Dodatkową motywacją był fakt, że film na podstawie tej krótkiej (niecałe 200 stron) historii wszedł niedawno na ekrany polskich kin.

Nie będę Was czarować, że to książka, która porwie każdego bez wyjątku. McEwan jest specyficznym autorem, wcale niełatwym w odbiorze, a niektóre jego rozważania co poniektórych mogą prawdziwie zmęczyć. I mnie przy tej historii łatwo nie było. Najpierw mnie zachwyciła, potem lekko znużyła (głównie z powodu retrospekcji – jak się później okazało, niezwykle potrzebnych), by na końcu ukazać jednak prawdziwe, do głębi i bezwzględnie poruszające oblicze. Dlatego cieszę się niezmiernie, że mimo chwilowych perturbacji zdecydowałam się ją dokończyć. To bardzo prawdziwa, a przede wszystkim ponadczasowa opowieść, z której każdy – zapewniam Was! – wykradnie coś cennego dla siebie. Mnie zostawiła z solidną garścią tematów do przemyślenia i kto wie – być może dzięki niej uda mi się na niektóre sprawy spojrzeć z zupełnie innej perspektywy.

Uczucie łączące Edwarda i Florence jest niezwykłe, metafizyczne. Tych dwoje zakochanych pragnie spędzić ze sobą resztę życia – w szczęściu i wzajemnym szacunku. Niestety, każde z nich ma także swoje tajemnice, obawy, niespełnione pragnienia, pogłębiane dodatkowo przez czasy, w których przyszło im żyć (początek lat 60. XX wieku), a także dosyć skomplikowane relacje rodzinne. Zarówno dla Edwarda, jak i Florence pierwsze prawdziwe fizyczne zbliżenie jest ogromnym i niewątpliwie ważnym przeżyciem. Każde z nich jednak ma o nim inne wyobrażenie i w związku z tym zupełnie odmienne oczekiwania. Wstyd, nieśmiałość, wtłoczone im do głowy przekonania hamują ich, krępują niczym żelazne kajdany i nie pozwalają swobodnie zmierzyć się z własną cielesnością, a przede wszystkim głośno i szczerze opowiedzieć o tym, co czują. Jest między nimi tak ogromne napięcie, że swoją siłą zagłusza serce, a także zdrowy rozsądek. Brak komunikacji między młodymi małżonkami, stos niewypowiedzianych słów i niewykonanych gestów prowadzi ich w ciemne zaułki miłości, gdzie od słowa „kocham” do „nienawidzę” prosta i niedaleka droga. Czy najważniejsza noc w ich życiu umocni czy rozszarpie na strzępy łączące ich uczucie?

Zachęcam Was gorąco do sięgnięcia po tę krótką powieść. I nawet jeśli w którymś momencie – tak jak ja – zwątpicie w historię Edwarda i Florence, absolutnie jej nie porzucajcie. Jej pełny sens, niezwykle mądre i ponadczasowe przesłanie zrozumiecie dopiero na ostatnich stronach.

Ocena: 9/10

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *