Równonoc (seria Na F/aktach)

Anna Fryczkowska
Wydawnictwo: Od Deski do Deski
Poleca: Kasia Sosnowicz

Są takie książki, które należy czytać w absolutnej ciszy, żeby codzienny gwar nie zagłuszał wyzierającej z ich kart rozpaczy. Przed Wami opowieść, która moje serce roztrzaskała na milion kawałków.

„(…) Nie zrozumie tego nikt, kto nie przeżył utraty dziecka. Kto nie żyje w cieniu wiecznego znaku zapytania (…)”

Pod koniec lat 90. zaginęli czterej chłopcy: Szymon, Darek, Jędrzej i Kamil (imiona zmienione). Byli prawie w tym samym wieku (14-15 lat), z wyglądu podobni do siebie jak bracia. Dwaj pierwsi wychowywali się w pełnych, niczym niewyróżniających się rodzinach, pozostali chwilowo przebywali w ośrodku wychowawczym, ale trudno zaliczyć ich do patologii – po prostu powinęła im się noga. Któż nie popełniał w młodości błędów? Każdy z chłopców zaginął w marcu, w województwie zachodniopomorskim, na terenach stosunkowo blisko siebie położonych. Choć minęło już dwadzieścia lat, do dziś nie wiadomo, co się z nimi stało – nie ma od nich żadnej wiadomości, nie odnaleziono ciał. Czy padli ofiarą seryjnego mordercy? A może zdecydowali się żyć na własną rękę, z dala od rodziny? W sercach ich najbliższych została wielka pustka i dojmująca tęsknota, która wcale nie maleje wraz z upływem lat. I to właśnie ich oczami spoglądamy na te tragiczne wydarzenia.

Anna Fryczkowska to pisarka, która nie idzie na łatwiznę. Udowodniła to właśnie w „Równonocy”, decydując się na opisanie historii niezwykle trudnej pod względem emocjonalnym i do dziś niewyjaśnionej. Od samego początku bardzo wysoko ustawiła sobie poprzeczkę – temat podjęła bowiem nie z perspektywy dziennikarskiego czy policyjnego śledztwa, lecz z perspektywy rodzin (głównie matek) zaginionych chłopców. Aby jej opowieść była wiarygodna, musiała zajrzeć głęboko w ich serca… I zrobiła to znakomicie – z pełnym oddaniem i szacunkiem zarówno dla ofiar, jak i ich najbliższych. Doskonale uchwyciła wszystkie subtelności, dotknęła cierpienia niezwykle delikatnie, z wyczuciem, ogromną empatią, jednocześnie bez epatowania cudzym nieszczęściem i tanią tabloidową sensacją. Powstała opowieść poruszająca, ale nie ckliwa, nie łzawa, choć mocno ściskająca za gardło, z tak wielkim ładunkiem emocjonalnym, że jej lekturę musiałam sobie dawkować – bo moja matczyna wyobraźnia pracowała na najwyższych obrotach i mimowolnie podsuwała obrazy, których mam nadzieję nigdy nie będę miała okazji ujrzeć w rzeczywistości.

O zaginięciu Szymona, Jędrzeja i Kamila opowiadają ich matki, historię Darka poznajemy z perspektywy jego ojca. I już na samym początku zderzamy się z pozornie innym podejściem do problemu. Celowo napisałam „pozornie”, bo moim zdaniem każda z tych opowieści tak naprawdę sprowadza się do tego samego – ogromnej rozpaczy, wyrzutów sumienia, że się coś zaniedbało, że ostatnich wspólnych chwil nie przeżyło się lepiej, że wypowiedziało się takie, a nie inne słowa, że się swojego ukochanego dziecka nie ochroniło przed złym i podstępnym światem. W postawie matek widać bardzo dużą emocjonalność, rozedrganie, wolę nieustającej walki. To one chwytają się każdej nadziei, najmniejszego, nawet irracjonalnego tropu, chodzą do jasnowidzów, przesiadują na komisariacie, wyglądają przez okno w nadziei, że zobaczą powracającego do domu syna. Żyją „na huśtawce między rozpaczą a nadzieją”, bliskie niemal obłędu. Choć wiedzą, że siłą woli i miłością niczego nie zmienią, do końca nie są w stanie pogodzić się z tym, że już nigdy więcej nie zobaczą swoich dzieci. Wśród tej rozdzierającej na strzępy rozpaczy głos ojca czwartego chłopca, Darka, jest niemal jak głos rozsądku, ufnie zapatrzony w wolę Boską. „Ojcowie po prostu wiedzą, że szukanie nie ma sensu, jeśli Pan Bóg chciał kogoś zabrać, a potem minęło tyle lat. A matki nie chcą tego zrozumieć.” To trudne i być może dla wielu szokujące słowa. Czy oznaczają jednak całkowitą rezygnację, pogodzenie się z nieszczęściem, chłodne analizowanie faktów? Otóż nie. Według mnie to tylko mechanizm obronny, szukanie głębszego sensu czegoś, co nie mieści się w głowie, czego nie jesteśmy w stanie ogarnąć rozumem. To zagłuszanie wyjącej duszy, która bez względu na to, czy jest się matką, czy ojcem, w przypadku utraty dziecka jest tak samo mocno poraniona. Tylko że każdy z nieszczęściem radzi sobie na swój własny sposób. Jakbyśmy nie podchodzili do tej wielkiej tragedii, zawsze pojawi się pytanie, wypowiedziane zresztą przez innego ojca: „Zupełnie nie rozumiem, po co się to wydarzyło. Żebyśmy cierpieli?”.

„Równonoc” jest oparta na prawdziwej historii, na aktach sprawy, doniesieniach medialnych, ale w gruncie rzeczy jest fikcją literacką, snuciem domysłów. Autorka podjęła się nawet zaprezentowania czytelnikom przypuszczalnego rozwiązania, które moim zdaniem jest bardzo prawdopodobne i równie przejmujące co opowieści o chłopcach. Z tą znakomitą książką i jej ogromnym ciężarem emocjonalnym warto się zmierzyć, bo to opowieść o uniwersalnym przesłaniu – pokazuje, jak bardzo nieszczęście potrafi zniszczyć ludzkie życie, rodzinę, relacje ze społeczeństwem, które kiedyś wyglądały całkiem inaczej. Dobitnie uświadamia także, jak bardzo od lat 90. XX w. zmieniły się metody poszukiwania zaginionych, jak wiele możliwości mamy teraz pod ręką.

Opowieść Anny Fryczkowskiej to najsmutniejsza część serii Na F/aktach (fenomenalnej swoją drogą) i – obok „Bestii” Magdy Omilianowicz – najbardziej zapadająca w pamięć. Piękna, choć tak przygnębiająca, że zagłębianie się w nią aż boli. Dla mnie jedna z lepszych przeczytanych w tym roku.

Ocena: Bardzo mocne 10/10

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję wydawnictwu Od Deski do Deski.

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *