Rytuały wody (tom 2 Trylogii Białego Miasta)

Eva Garcia Sáenz de Urturi
Tłumaczenie: Katarzyna Okrasko
Wydawnictwo: Muza
O książce opowiada Kasia Sosnowicz

Ta powieść naczekała się na swoją kolej nie bez powodu – bardzo się bałam, że po fenomenalnej „Ciszy białego miasta”, czyli pierwszym tomie hiszpańskiej trylogii, który uznałam za najlepszy kryminał mijającego roku, czar pryśnie. I niestety, moje obawy były uzasadnione.

Po dramatycznej w skutkach pogoni za seryjnym mordercą profiler kryminalny Unai López de Ayala, nazywany Krakenem, dochodzi do siebie. Walczy nie tylko z przykrymi obrazami z przeszłości, lecz także z wyjątkowo uciążliwą w jego zawodzie afazją. Tymczasem w górach zostaje znalezione ciało kobiety w ciąży. Do morderstwa wykorzystano zabytkowy kocioł z wodą, a sam zbrodniczy akt prawdopodobnie był wzorowany na celtyckim rytuale potrójnej śmierci. Jak się okazuje, ofiara była dawną znajomą Krakena. Czy morderca zaatakuje ponownie? Co wspólnego z tymi wydarzeniami ma obóz archeologiczny, którego uczestnikiem przed laty był między innymi Unai? Czas płynie nieubłaganie, a niewiadome mnożą się na potęgę.

Mam z tą powieścią ogromny problem. Myślę, że gdybym nie znała tomu pierwszego, byłabym nią w pełni usatysfakcjonowana. Dość wciągająca (choć nie od pierwszych stron) fabuła, w sumie ciekawy pomysł na serię morderstw i rozwiązanie zagadki na przyzwoitym poziomie (choć ociupinkę przekombinowane). Niestety, moim zdaniem hiszpańskiej pisarce nie udało się powtórzyć fenomenu „Ciszy…”, czego po cichu się spodziewałam, bo wiadomo, jak to z kontynuacjami bywa.

Już sam fakt, że pierwsza połowa „Rytuałów wody” szła mi jak po grudzie, bardzo mnie rozczarował. Wciąż miałam wrażenie chaosu, trudno było mi skupić się na akcji, a Kraken, ze swoją afazją i ciągłymi miłosnymi rozterkami, doprowadzał mnie do szewskiej pasji. Poza tym nawiązanie do celtyckich rytuałów na początku było dla mnie dosyć zagmatwane, a historia z przeszłości – mimo że intrygująca i dotykająca ważnego problemu – już nie tak pasjonująco opowiedziana jak w części pierwszej. W drugiej połowie powieści na szczęście zobaczyłam światełko w tunelu. Wszystko dziwnym trafem zaczęło się układać, a mój niesmak coraz bardziej odchodził w zapomnienie. Nawet Krakena, dzięki Bogu, na nowo polubiłam – pewnie dlatego, że wreszcie przestał się mazać i zaczął działać bardziej zdecydowanie. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że na Urturi ciążyła wielka odpowiedzialność i że właściwie niemożliwe jest, żeby dwa razy napisać coś tak doskonałego jak „Cisza…” (choć paru autorom zdarzyło się to w literackiej karierze). Sami przyznacie jednak, że gdy człowiek przyzwyczai się do bardzo dobrego, a potem dostanie trochę gorsze, jego żal ma prawo być ogromny.

To, czego zdecydowanie było mi mało podczas lektury „Rytuałów wody”, to urzekający hiszpański klimat, który tak mocno i na wszystkich płaszczyznach (nawet kulinarnej!) był wyczuwalny w tomie pierwszym. Tu mam wrażenie dostałam zaledwie naparsteczek. Poza tym prowadzone przez Krakena i jego zespół śledztwo nie wywoływało we mnie już tak ogromnego napięcia, a samą powieść bez większego żalu odkładałam w przerwach na półkę. Być może to moja wina, ponieważ zbyt wysoko ustawiłam pisarce poprzeczkę, być może wpływ na mój odbiór miała zmiana tłumacza (o czym dyskutowałyśmy z Kingą z Przeczytane. Napisane), a być może po prostu tym razem Urturi napisała słabszą powieść. Najlepiej oceńcie sami: ilu czytelników przecież, tyle opinii.

Mimo marudzenia z niecierpliwością będę wypatrywać tomu trzeciego (już w lutym!), a do samej trylogii będę mieć zapewne ogromny sentyment. Uczciwie trzeba przyznać, że na tle bliźniaczo podobnych kryminalnych historii, które ostatnio zalewają rynek, ta akurat ma bardzo oryginalny klimat.

Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu Muza.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *