Święte prawo. Historie ludzi i kamienic z reprywatyzacją w tle

Iwona Szpala, Małgorzata Zubik
Wydawnictwo: Agora
Poleca: Beata Gwoździńska

Aleje Jerozolimskie 47, Targowa 66, Ząbkowska 9, Jagiellońska 14, Królewska 39, Mokotowska 46a, Noakowskiego 10, Hoża 27a, Kredytowa 6, Kazimierzowska 34 – to adresy całkiem dobrze znane warszawiakom, mijane niemal codziennie w drodze do pracy lub na spotkania towarzyskie w centrum miasta. Dla większości to tylko stare kamienice cicho pobrzmiewające nutką nostalgii i tęsknoty za międzywojennymi czasami świetności. Niekiedy to już tylko pusty plac lub nowoczesny szklany biurowiec. Jednak dla pewnej wąskiej grupy między innymi te adresy stały się interesem życia, budowanym na kłamstwie lub – co gorsza – na prawdziwym nieszczęściu ich właścicieli.
Święte prawo własności wróciło do łask, gdy władze postanowiły rozprawić się z wydanym zaraz po wojnie dekretem Bieruta odbierającym wszystkim własność prywatną. Na tamte skomplikowane czasy tego typu dekret być może był posunięciem dosyć roztropnym. Choć nad gruzowiskiem Warszawy jeszcze nie opadł kurz, do miasta zaczęli wracać mieszkańcy, i to w liczbie dziesiątek tysięcy, którzy z dnia na dzień stali się bezdomni. Jedyną opcją było ulokowanie ich w domach, które cudem ocalały lub zostały najszybciej odbudowane. Dekret zakładał, że na własność państwa przechodzą grunty, natomiast to, co było na nich zbudowane, nadal może wrócić do rąk właścicieli, jeśli złożą oni stosowne podania. Sprytny zabieg, który w okresie słabego dostępu do informacji, opieszałości urzędów i przede wszystkim rządów nowej władzy ze wzrokiem utkwionym na wschód sprawił, że jedynie właściciele posiadający obywatelstwo obcego kraju mogli liczyć na sensowne rozpatrzenie ich roszczeń i wypłaty odszkodowania. Obywatele polscy w zasadzie nie mieli żadnych szans na odzyskanie własności. Do czasu, aż niektórzy z nich nawet wstali z grobów…

Ludzkie dramaty korzeniami sięgające czasów wojennych, niemoralność, zachłanność i pazerność bez limitu oraz dziurawe prawo i bezmyślność urzędników do spółki z politykami – tak można w skrócie opisać tę nielekką lekturę o tym, co dzieje się dzisiaj, dosłownie tuż obok nas, na naszych oczach, w naszym mieście. Jeszcze do niedawna afera reprywatyzacyjna była dla mnie jedynie hasłem, z którego niewiele rozumiałam. Tragiczne historie mieszkańców kamienic opisywane w gazetach lub omawiane w programach telewizyjnych omijałam wzrokiem, bo przecież mnie ten temat w żaden sposób nie dotyczył. Stojąc na twardym stanowisku, że własność prywatna powinna być zwrócona właścicielowi, zupełnie nie zdawałam sobie sprawy, że jak każda tego typu historia ta również ma swoje drugie dno – i że sięga ono głębiej, niż można się spodziewać.
„Święte prawo” to świetnie napisany, niezwykle dynamiczny reportaż, wzbogacony zdjęciami i krótkimi opisami dawnej Warszawy i jej mieszkańców. Choć czytanie o nieruchomościach niektórym może się wydać nudne, to wierzcie mi, że ta książka to momentami niezły kryminał, którego finał jeszcze nie jest przesądzony. I chyba to jest w tym wszystkim najgorsze.

Ocena: mocne 10/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *