Tyle miłości

Rebecca Rosenblum
Tłumaczenie: Teresa Komłosz
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Poleca: Kasia Sosnowicz

Jeśli szukacie thrillera psychologicznego innego niż te, które na księgarskich półkach wyrastają ostatnio jak grzyby po deszczu, sięgnijcie po „Tyle miłości”. Niezwykle przejmująca historia zaginięcia Catherine Reindeer zawładnęła mną od pierwszej strony i dostarczyła mnóstwa wzruszeń.

Catherine  Reindeer – prawie trzydziestoletnia, pełna życia studentka, żona, córka i przyjaciółka – znika nagle bez śladu. Ostatni raz widziana była na parkingu restauracji, w której pracowała jako kelnerka. To nie pierwsze zaginięcie w Irii – wcześniej w bardzo podobnych okolicznościach zapadł się pod ziemię nastolatek Donny Zimmerman. Zniknięcie Catherine wywraca do góry nogami życie jej najbliższych, którzy nie potrafią wypełnić pustki, jaka nagle zawitała do ich serc. Czy uda im się uporać z traumą i na nowo poukładać swoją codzienność? Czy to, na co tak bardzo czekają, faktycznie przyniesie im ukojenie?

Pamiętacie, jak jakiś czas temu pisałam o „Równonocy” Anny Fryczkowskiej (recenzja tu), która w niezwykle poruszający sposób podjęła temat zaginięć nastolatków? To, co najbardziej biło z tamtej historii, to ogromna pustka, niemoc i wszechogarniająca rozpacz, które zdominowały życie rodzin do dziś nieodnalezionych chłopców. W powieści Rebecci Rosenblum także to wszystko znajdziecie. Choć opowieść debiutującej kanadyjskiej pisarki w całości jest fikcją literacką, emocje pokazane na jej kartach są tak prawdziwe, że momentami można niemal fizycznie poczuć towarzyszący bohaterom ból i strach.

Na zginięcie Catherine spoglądamy z perspektywy najbliższych jej osób: zrozpaczonego męża Greya, pogrążonej w beznadziei matki Sue oraz profesora literatury, u którego dziewczyna pisała pracę o poezji zamordowanej przed laty młodej poetki. To, co łączy te wszystkie opowieści, to unoszące się w gęstej ciszy pytanie: Dlaczego?, a także przytłaczająca świadomość, że każdy z nich w ogromnym bólu po „stracie-niestracie” być może będzie musiał spędzić resztę życia. Nie ma bowiem nic gorszego niż trwanie w niepewności… W doskonały sposób, za pomocą prostego, ale jakże wymownego zdania, ujęła to Rosenblum: „Zniknięcie różni się od śmierci, nie ma gdzie skierować żalu”.

Zanim rodzina dowie się, co faktycznie stało się z dziewczyną, tajemnicę jej zniknięcia poznajemy my – czytelnicy. Bardzo szybko bowiem autorka włącza do swojej opowieści „relację” Catherine, a także człowieka, który za te wszystkie wydarzenia ponosi całą odpowiedzialność. Zyskujemy w ten sposób niejako przewagę nad resztą bohaterów. Oni wciąż jeszcze żyją w niepewności, karmią się nadzieją, a my już wiemy, choć i tak nie mamy pewności, jak ta historia się skończy.

Jeśli chodzi o zagadkę zniknięcia Catherine, Rebecca Resenblum nie wymyśliła tu co prawda niczego odkrywczego czy specjalnie zaskakującego, ale całą tę sytuację, pewne patologiczne mechanizmy i walkę ofiary o przetrwanie przedstawiła w rzetelny, a co najważniejsze – bardzo wiarygodny sposób. Dość szybko zaczynamy zdawać sobie sprawę, że ta historia mogła przydarzyć się każdemu: mnie, Tobie, Twojej sąsiadce, matce, przyjaciółce… I to w opowieści Rosenblum jest chyba najbardziej przerażające.

„Tyle miłości” to thriller psychologiczny z bardzo mocnym akcentem na słowo „psychologiczny”. Autorka skupiła się tu przede wszystkim na szczegółowym rozpracowaniu psychiki bohaterów, pokazaniu różnorakich relacji międzyludzkich, motywów działania oraz na podkreśleniu, jak bardzo trauma może zawładnąć naszym życiem. W opowieść o Catherine i emocje związane z jej zaginięciem wplotła ponadto historię innej młodej dziewczyny, żony i poetki, która przed laty została zamordowana, a której wiersze pomagały Catherine przetrwać najtrudniejsze chwile. Moim zdaniem historia poetki ma ogromny potencjał i właściwie nadawałaby się na odrębną powieść – tu według mnie było dla niej jednak zbyt mało miejsca, przez co czasem dopadało mnie wrażenie, że jest upchana na siłę, a momentami nawet za bardzo wydumana – zwłaszcza sceny z końca powieści. Ten maleńki minus nie zaważył jednak na moim entuzjastycznym odbiorze debiutanckiej powieści Rosenblum, która dla wielu z Was – jestem o tym przekonana – będzie niezapomnianą, pełną wzruszeń lekturą.

I na koniec jeszcze jedna bardzo ważna sprawa! „Tyle miłości” pewnie jeszcze jakiś czas czekałaby cierpliwie na swoją kolej, gdyby nie Ania Sukiennik – autorka bloga Tylko skończę rozdział. To właśnie Jej poruszająca, jak zwykle napisana w punkt recenzja przekonała mnie, że po tę powieść trzeba sięgnąć czym prędzej. Aniu, stokrotne dzięki! Miałaś rację – warto o niej mówić głośno.

Ocena: 9/10

Za e-booka do recenzji dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka.

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *