Bardzo długie popołudnie

Inga Vesper
Tłumaczenie: Jacek Żuławnik
Wydawnictwo: Słowne

Kryminalny debiut Ingi Vesper może i nie oszałamia intrygą, ale absolutnie urzekł mnie w nim duszny, pozornie sielankowy klimat kalifornijskiego Sunnylakes końca lat 50. oraz ponadczasowy problem społeczny, który poruszyła autorka na kartach tej ciekawej powieści.

W sielankowym Sunnylakes bez śladu znika Joyce Haney – jedna z bogatych żon i matek. Jej nieobecność jako pierwsza odkrywa czarnoskóra służąca Ruby Wright, którą łączą z pracodawczynią nie tylko oficjalne relacje. Przydzielony do sprawy, zesłany karnie z Nowego Jorku detektyw Mick Blanke szybko uświadamia sobie, że bez pomocy Ruby nie rozwiąże tej tajemniczej zagadki.

„Bardzo długie popołudnie” nie jest powieścią, którą łatwo się zachwycić. Wielbiciele naszpikowanych zwrotami akcji kryminałów zapewne będą kręcić nosem, tak samo jak czytelnicy, którzy ze względu na postać czarnoskórej służącej Ruby i lata 50. ubiegłego wieku liczą na wyczerpującą opowieść o rasizmie. Vesper bowiem pod przykrywką intrygi i społecznych uprzedzeń na tle rasowym stworzyła historię o kobietach walczących o prawo do szczęścia, miłości, życia według własnych reguł. O bycie zauważoną, szanowaną, ale też nie pozostawioną samą sobie.

Kalifornijskie Sunnylakes to pozornie kraina szczęśliwości. Rodziny wyglądają tu jak z reklamy: dwójka zadowolonych pociech, troskliwy mąż i zawsze uśmiechnięta żona, która ponad własne potrzeby stawia pragnienia najbliższych. Wszystko rzecz jasna w scenerii nienagannie i na bogato urządzonego wnętrza oraz przestronnego ogrodu z równo przystrzyżonym trawnikiem. Mało kto jest w stanie dostrzec w tym obrazku niespełnione marzenia, rozgoryczenie, a często ból, zadawany nie tylko fizycznie. Rzadko która mieszkanka – bo to kobietom przede wszystkim Vesper poświęciła swoją opowieść – ma odwagę porzucić to, co tak bardzo ją uwiera, i zacząć wszystko od nowa. Czy na ten desperacki krok zdecydowała się właśnie Joyce Haney?

Intryga, którą wymyśliła debiutująca pisarka, nie jest megazaskakująca (dobry czytelniczy detektyw szybko domyśli się rozwiązania), ale jest świetnym tłem dla pokazania codziennej walki o siebie, jaką  musiały toczyć kobiety – co ciekawe, nie tylko w latach 50. XX wieku, i nie tylko czarnoskóre, jak służąca Ruby. „Bardzo długie popołudnie” to opowieść uniwersalna, która ma szansę dotrzeć także do mniej doświadczonego czytelnika i zostać z nim na dłużej. Trzeba tylko dać jej szansę i przymknąć oko na potknięcia, które często przytrafiają się kryminalnym debiutantom.

Dosyć mocno irytowała mnie postać głównego detektywa Micka Blanke’a. Jego brak zdecydowania, a co za tym idzie – wiary we własne siły, wieczne użalanie się nad sobą i wracanie do zamkniętej przeszłości sprawiały, że miałam ochotę nim potrząsnąć. Więcej werwy i policyjnego nosa miała czarnoskóra Ruby – to ona zresztą (i dzięki Bogu!) w śledztwie odegrała ważniejszą rolę. Jej umiejętność obserwacji i dedukcji mogłyby zawstydzić niejednego wyszkolonego policjanta.

„Bardzo długie popołudnie” podbije serca zwolenników akcji raczej slow, co nie znaczy, że przy tej książce będą się nudzić. Mnie sprawiła mnóstwo czytelniczej satysfakcji, ale liczę się z tym, że nie każdemu przypadnie do gustu.

Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu Słowne.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *