Colm Tóibin
Tłumaczenie: Jerzy Kozłowski
Dom Wydawniczy Rebis 2025
Gdy zaczynałam irlandzką dylogię z Eilis Lacey, nie spodziewałam się, że te książki staną mi się tak bliskie. Colm Tóibin potrafi stworzyć zapadający w pamięć klimat i uwieść czytelnika już pierwszym akapitem.
„Long Island” to kontynuacja „Brooklynu”, czyli opowieści o Irlandce, która w poszukiwaniu lepszego życia osiada w Ameryce. Akcja drugiej części dzieje się dwadzieścia lat później, gdy Eilis jest już żoną i matką, i obfituje w zdarzenia burzące spokój całej rodziny. Okazuje się, że jeden błąd uruchamia lawinę kolejnych i przed drastycznymi zmianami nie ma już odwrotu.

Co tu kryć: zakochałam się w stylu Tóibina, świetnie oddanym przez polskiego tłumacza Jerzego Kozłowskiego – we frazie chłodnej, a jednak tak bardzo wypełnionej emocjami, że podczas lektury drgają w czytelniku wszystkie tęsknoty i niepewności. „Long Island” czyta się niespiesznie, ale z pełnym zaangażowaniem i sympatią dla bohaterów, nawet jeśli postępują nierozsądnie, czy wręcz głupio, i na własne życzenie pakują się w tarapaty.
Eilis Lacey, w tym tomie nosząca już podwójne nazwisko (po mężu, ale nie będę spoilerować, kto nim został), wciąż jest osobą mało zdecydowaną i niezbyt konsekwentną, choć z drugiej strony nie brakuje jej odwagi, by na życiowym zakręcie wziąć sprawy w swoje ręce. Tóibin, rzucając ją w ramiona przeszłości, wystawia na próbę hierarchię wyznawanych przez Eilis wartości, a czytelnikom uświadamia, jak łatwo zboczyć z obranej ścieżki i dać się ponieść ukrytym w głębi pragnieniom.
„Long Island” to opowieść o cichej samotności, desperackim poszukiwaniu dla siebie zadośćuczynienia i powrocie do korzeni, których wyrwać z człowieka nie sposób. Smutna, nostalgiczna, ale też trzymająca w napięciu do ostatniej strony.
*Egzemplarz dostałam w prezencie od Ani z Tylko skończę rozdział
