Surrealistka

Michaela Carter
Tłumaczenie: Waldemar Łyś
Dom Wydawniczy Rebis

To kolejna w ostatnim czasie powieść, która wzbudziła we mnie bardzo mieszane uczucia. Bo z jednej strony główni bohaterowie to postacie fascynujące, z drugiej zaś sposób opowiadania o nich i ich wyjątkowej pasji nie przypadł mi do gustu.

Gdy tuż przed wybuchem drugiej wojny światowej młodziutka malarka Leonora Carrington poznaje żonatego surrealistę Maksa Ernsta, jej życie zaczyna nabierać soczystych barw. Wspólny wyjazd do Paryża jest obietnicą emocjonującej i pełnej artyzmu przyszłości, którą niestety burzy wojenna zawierucha.

Generalnie sztuka, a zwłaszcza malarstwo, nie jest moim ulubionym literackim tematem. Przekonałam się jednak, że dobry pisarz potrafi na tyle mnie wciągnąć w tę specyficzną rzeczywistość o zapachu farby, że czytam z przejęciem i autentyczną ciekawością. Tak było w przypadku przepięknej powieści Magdy Knedler „Twarz Grety di Biase”, która zrobiła na mnie piorunujące wrażenie i pozwoliła spojrzeć na obrazy z zupełnie innej strony. Po cichu liczyłam, że przy „Surrealistce” Michaeli Carter doświadczę czegoś podobnego.

Dzieje pary surrealistów – początkującej malarki Leonory Carrington i dojrzałego artysty Maksa Ernsta (obie postaci autentyczne) – to historia miłości równie namiętnej, co niespełnionej, ponieważ on był żonaty, a do tego wyjątkowo spragniony towarzystwa ponętnych niewiast, czym wzbudzał zazdrość w młodziutkiej Norze. Carter położyła mocny nacisk na szaloną relację tych dwojga, dodatkowo podsycaną przez wspólną pasję i sukcesywnie poniewieraną przez wojnę, która rozgrywała się w tle. I o ile uczuciowe niuanse tej opowieści udało się pisarce uchwycić, o tyle zabrakło mi w tej historii prawdziwego artystycznego żaru, nerwu, plastyczności, również na poziomie języka.

Wyobrażałam sobie, że opowieść z surrealizmem w jednej z ról będzie – podobnie jak on – ekspresją emocji, obrazów czających się na granicy podświadomości, może szokujących, ale na pewno pobudzających wyobraźnię. Tymczasem język, którym posługuje się Carter, w moim odczuciu jest nazbyt „metaliczny”, bardziej relacjonujący niż angażujący, a do tego dosyć nierówny – pierwszych sto stron było obietnicą czegoś wyjątkowego, niestety z każdą kolejną setką odczuwałam coraz większe znużenie. Nie poczułam dreszczu emocji, nie potrafiłam się spontanicznie zachwycić i wciągnąć w liryczny klimat, o którym w większości piszą czytelnicy na jednym z popularnych portali książkowych. Nie znoszę powieści zbyt łatwych, ale nawet z lektury tych trudniejszych (a „Surrealistka” niewątpliwie do takich się zalicza) lubię czerpać przyjemność.

Tym razem chemii nie było. A szkoda!      

Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu Rebis

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *