Elizabeth Strout
Tłumaczenie: Ewa Horodyńska
Wydawnictwo Wielka Litera 2021
Tym razem ze słoika wylosowała się powieść „William”, która zalegała u mnie od dobrych pięciu lat. Bardzo się ucieszyłam, bo lubię niespieszny styl Elizabeth Strout i jej trafne oko w opisywaniu trudów codzienności.
„Ludzie są samotni (…). Wielu nie potrafi powiedzieć tym, których dobrze znają, co czują i co chcieliby wyrazić”.
Kto choć raz miał do czynienia z piórem Elizabeth Strout, ten wie, że jej powieści to dość specyficzna lektura. Nie ma tu akcji z wyraźnym początkiem i zakończeniem, są za to rozmaite wycinki z życia bohaterów, które niczym puzzle wskakują na właściwe miejsca, finalnie tworząc obraz przejmujący i niezapomniany.

„William”, czyli kontynuacja powieści „Mam na imię Lucy”, na pierwszy rzut oka jest historią zagubionego byłego męża, który we wciąż trwającej przyjaznej relacji z byłą żoną próbuje na nowo odnaleźć poczucie bezpieczeństwa. Co ciekawe, tytułowy William wcale nie jest tu głównym bohaterem – staje się jedynie pretekstem, swoistym filtrem i punktem odniesienia dla rozważań Lucy (czyli jego eks) o bolesnej przeszłości, próbach znalezienia miejsca na ziemi, rodzinnych korzeni i sensu codziennej życiowej wędrówki.
Strout jest doskonałą obserwatorką i kreatorką nastroju – z pozornie nic nieznaczących detali, rzuconych mimochodem zdań, wykonywanych automatycznie gestów potrafi stworzyć opowieść pełną głębi. Kto z otwartą głową i bez uprzedzeń wejdzie do stworzonego przez nią świata, ten przepada na dobre.
Dla takich powieści warto nadrabiać zaległości czytelnicze.
*Egzemplarz dostałam w prezencie
