Anna Kańtoch
Wydawnictwo Marginesy 2026
Pojawienie się w zapowiedziach wydawniczych „Zimy pożegnanych”, czyli czwartego tomu cyklu z emerytowaną policjantką Krystyną Lesińską, było sporym zaskoczeniem, ponieważ przy okazji premiery „Jesieni zapomnianych” Anna Kańtoch deklarowała, że poprzestanie na trzech częściach. Decyzję jednak zawsze można zmienić.
Kryminalna seria z Krystyną Lesińską jest jedną z moich ulubionych. Doceniam w niej przyprawiającą o dreszcze atmosferę, świetne portrety psychologiczne oraz przejrzysty styl. Każdą z wcześniejszych części czytałam na jednym wdechu i długo rozpamiętywałam.

Pojawienie się „Zimy pożegnanych” najpierw wywołało we mnie ogromną radość, ale zaraz potem obawę. Bo co jeśli powstanie czwartej części miało podłoże jedynie marketingowe i było efektem nacisku czytelników, a nie wypłynęło prosto z serca autorki? Choć w „Jesieni…” nie wszystkie wątki zostały domknięte, uważam, że ta część świetnie sprawdziła się jako ostatnia, zostawiając wyobraźni czytelników pole do popisu. „Zimę…” czytałam zatem w rozdarciu i z nieco większymi wymaganiami niż dotychczas.
Czy ostatnia część będzie moją ulubioną? Jak zapewne się domyślacie – niestety nie. Historia prześladowanej przez stalkera Doroty, choć na początku intrygująca, do mniej więcej połowy książki strasznie mi się dłużyła. Zdecydowanie brakowało jej ikry, znanego z poprzednich tomów mroku, Krystyna też jakby oklapła. W tej części odeszła w cień na rzecz poznanego w trakcie śledztwa początkującego pisarza Olgierda, który znacznie bardziej zaangażował się w rozwikłanie sprawy stalkera. I tylko myśl, że przecież Kańtoch to świetna pisarka i na pewno ciekawie to wszystko rozwiąże, dawała mi nadzieję. Na szczęście w drugiej połowie akcja wyraźnie przyspieszyła i wszystkie puzzle zaczęły wskakiwać na swoje miejsce. Zakończenie może nie wyrwało mnie z kapci, ale trochę zaskoczyło i pozostawiło w poczuciu, że nawet jeśli ulubionej pisarce zdarza się chwilowy spadek formy (oczywiście tylko w moim odczuciu), to dzielnie potrafi się z niego pozbierać.
Choć „Zima pożegnanych” to według mnie najsłabsza część tego zachwycającego do tej pory cyklu, warto się na nią skusić, jeśli jesteście ciekawi, jak autorka domknęła jeden z najważniejszych wątków. I tym razem fajerwerków nie było, ale przynajmniej wszystko zakończyło się logicznie.
*Egzemplarz we współpracy z Wydawnictwem Marginesy
